sobota, 28 marca 2015

10 inspirujących, czarno-białych portretów...

... z mojej tablicy na Pintereście. 

Pinterest to jeden z "obrazkowych" portali, który bardzo lubię, używam namiętnie i sobie cenię. Korzystam z niego przede wszystkim dlatego, że można znaleźć tam wiele inspirujących zdjęć, a co dla mnie najważniejsze - twórców znanych, publikujących w Vogue, ale także zdolnych, młodych, mniej lub w ogóle nieznanych fotografów.  Często mając już konkretny pomysł na zdjęcia przekopuję ten portal z nadzieją, że znajdę jeszcze "coś" - jakiś szczegół ubioru, kadr czy sposób wykorzystania światła, który uzupełni moją ideę. 

Dzisiaj podrzucam Wam kilka prostych fotografii B&W, które zwróciły moją uwagę, i które przypięłam też na swoją tablicę. Oczywiście gdybym miała wrzucić wszystko, co mi się szczególnie podoba, to nigdy chyba nie zamknęłabym tego posta, więc ta dziesiątka to niewielki ułamek. Choć sama nie potrafię robić zdjęć b&w, to bardzo sobie cenię dobre prace innych w tym tonie. Przeglądając ten post widać idealnie moje spaczenie do centralnego kadru. 

Kolejność jest przypadkowa. Jeżeli pod zdjęciem nie jest podpisany autor, to znaczy, że zwyczajnie nie udało mi się go znaleźć.



Stawkę otwiera młodziutka Kate Moss w obiektywie Frederique Veysset dla magazynu Allure, 1995 rok. Francuski szyk. Polecam wpisać w wyszukiwarkę hasło "young Kate Moss", można znaleźć więcej takich portretów. 



Pomimo (prawdopodobnie) wiejskiej scenerii obraz ma coś niepokojącego w sobie.



Teraz coś z rodzimego podwórka. Klaudia Wielguszewska sfotografowana przez Damiana Winnickiego. Maksymalnie proste, maksymalnie urzekające.



Portrety, na których nie widać oczu modelki/modelka rzadko robią na mnie wrażenie, ale ten obrazek wielbię. Christy Turlington by Steven Meisel dla Comme des Garcons, 1990 rok.


Kolejna Francja-elegancja. Modelka: Diane Kruger, z czasów (1995 rok), kiedy bardziej była modelką, niż aktorką. Fotograf: Dominique Issermann dla Emporio Armiani Magazine.



 Patrząc na to zdjęcie nie macie wrażenia, że w tej relacji kot rządzi? 


Trochę uśmiechu, bo rzadko można spotkać takie czarno-białe fotografie. 



Może nie jest to stricte portret, ale musiałam to umieścić. Fotografie, do których pozowała Veruschka zawsze były unikatowe, ale te w ruchu robią na mnie szczególne wrażenie. W obiektywie Richarda Avedona, 1967 rok.



Jeżeli jesteśmy przy Avedonie - kolejne dzieło mistrza i Twiggy, 1967 rok. W przypadku Avedona miałam ogromny problem, co wybrać, bo kocham wszystkie jego kadry. 



Klasyka. Audrey Hepburn nie trzeba przedstawiać chyba nikomu. Autor: Mark Shaw, 1953 rok.



Jeżeli macie jakieś swoje "perełki" fotograficzne znalezione na Pintereście, to wklejajcie linki w komentarzu, chętnie popatrzę! 

wtorek, 10 lutego 2015

„Więzień z Oświęcimia z makijażem”


Za wysoka, za chuda, zbyt dziwna. A już na pewno nie wpisująca się w kanon piękna, który też jest zły, bo przecież modelki wybierają geje-projektanci a kryterium są ich zboczenia. Modelki oceniane są codziennie, nie tylko przez ludzi z branży. Coraz częściej głos w sprawie tych reprezentantek świata mody zabierają zwykli ludzie nie związani z tym światem.Wchodzę na profil najlepszej wizytówki (po Wałęsie, Janie Pawle II i pierogach) naszego kraju, top modelki Anji Rubik. Dziewczyny, która  pomimo już w sumie przedemerytalnego wieku jak na modowy półświatek wojuje  w branży nadal. Ulubienica francuskiego Vogue’a regularnie pojawia się w pokazach największych projektantów świata, zdobi okładki najbardziej prestiżowych magazynów. W ubiegłym roku zaprojektowała także ekskluzywną linię ubrań dla Mohito i stworzyła autorski zapach „Original by Anja Rubik”. Zaliczona do „Industry Icons” portalu Models.com.  Pomimo tych wszystkich sukcesów (które nie sposób oczywiście wszystkie wymienić)  nadal jest normalną dziewczyną z ogromnym dystansem do siebie, czego dowodem może być chociażby udział topmodelki w teledysku „Chleb” Mister D.



Dumy z osiągnięć rodaczki nie widać bynajmniej wśród komentarzy internautów na jej oficjalnym profilu na facebooku. „Szkapa”, „koński ryj”, „worek na kości” – to tylko kilka z bardziej cenzuralnych określeń, które można znaleźć pod jej zdjęciami. Większość uwag dotyczy sylwetki modelki i rzekomego lansowania anoreksji przez świat mody. Skąd tyle jadu w komentarzach Polaków? Wynikają one z zazdrości? Jeżeli tak, to całkiem naturalne uczucie zazdrościć komuś sukcesu, sławy i pieniędzy, chociaż podnoszenie sobie samooceny wymyślnymi, obraźliwymi komentarzami już zdrowym zachowaniem nie jest. Takim osobom polecam znaleźć sobie hobby, albo po prostu zacząć pracować nad sobą i dążyć do sukcesu w swojej dziedzinie, przez co osiągną większą satysfakcję.





Czy może rzeczywiście społeczeństwo nie godzi się z lansowanym na wybiegach ideałem piękna?  Możliwe, ale wtedy trzeba sobie zadać sobie pytanie o jego istotę, gdyż przeciętny Kowalski pogubił się nieco w pojęciach. Może należałoby w końcu spojrzeć na modelki jako pracownice, a nie ładne, chude i próżne panie? Pracownice, które muszą charakteryzować się określonymi cechami do wykonywania swojej profesji,  by wytworzyć konkretny efekt, tak jak jest w przypadku innych zawodów. To tak jakby wetować fakt, że piłkarz musi być wysportowany, prostytutka bezpruderyjna, a pracownik fizyczny silny. 
Może warto po prostu starać się zrozumieć specyfikę pracy modelek i wymagań zawodowych przed nimi stawianych, a nie oceniać je swoją miarą, bo przecież „facet nie pies, na kości nie leci”. Chociaż prawdopodobnie nie o zrozumienie tu chodzi, a o mentalność narodową. Bo przecież my, Polacy, jesteśmy specjalistami w każdej dziedzinie i mamy kompetencje do oceny wszystkiego i wszystkich, zwłaszcza w sposób krytyczny. A  skoro ktoś jest sławny i bogaty, a nie wynalazł szczepionki na raka to znaczy, że to mu się nie należało. Dlatego coraz częściej wydaje mi się, że udział Anji w obnażającym w satyryczny sposób klipie Doroty Masłowskiej nie był dziełem przypadku, a środkowym palcem w stronę krytykantów. 





poniedziałek, 2 lutego 2015

Say hi, say hello!

Ludzie, założyłam bloga.

Z zamiarem uczynienia tego nosiłam się już jakiś czas (długi czas), ale zawsze coś - albo nie mam czasu, albo mam obrzydzenie do pisania (bo trzeba pisać jakieś prace na studia), albo jeszcze milion innych powodów.
Szczerze powiedziawszy nie wiem, jak długo ten wytwór będzie działał, bo mój słomiany zapał może w każdej chwili dać się we znaki. Wydaje mi się też, że moja decyzja uwarunkowana była egoizmem, bo próbuję wymusić na sobie lekkość pisania, z którą mam ogromny problem.

Nie narzucam sobie konkretnej tematyki: przyjmijmy, że najogólniej rzecz biorąc będzie to blog lifestylowy, Będzie fotografia, inspiracje, moda okiem laika, wynurzenia i żale (gorzkie bardzo).

Nazwa. Od razu też wyjaśnię skąd taka a nie inna - LinKa.
Odpowiedź jest prosta - to prawie inwersja sylab w moim imieniu, LinaKa mi nie pasowało, więc wycięłam ostatnie "a". Cała filozofia. Jednak gdy myślałam nad nazwą i wpadłam właśnie na taką, to doszłam do wniosku, że łączy się też z tym inna historia.
Otóż w trzeciej klasie liceum na lekcji WOSu dostaliśmy zadanie, by wymyślić reklamę innej osoby z naszej grupy. Mnie wylosował kolega Daniel (pozdrawiam!) i ułożył dość długi wiersz, z którego do dziś pamiętam tylko początek: "Kalina jest długa jak lina". Także nazwy się nie czepiajcie - jest krótka, chwytliwa, deep content też jest i ma się Wam podobać.

Wygląd bloga.
Infantylny tak jak ja. Kwiatki wyrwane żywcem z babcinej z tapety to mój ulubiony motyw graficzny. Nie będę tu pisała o sprawach wielce poważnych, dlatego też pozwoliłam sobie na taki słodki wygląd. Poza tym - taki mi się podoba, a to najsilniejszy argument.

Śledźcie mnie, dodawajcie do zakładek, ulubionych - możemy się razem śmiać z moich wpisów, w ramach ćwiczeń interpunkcyjnych możecie mi też poprawiać przecinki (żeby tylko).

Zapraszam!